
„Matka siedzi z tyłu” to genialny film islandzkiego reżysera Hilmara Oddssona z 2022 roku. Opowiada o relacji syna z matką, która zablokowała jego rozwój i nadmiernie przywiązała do siebie, aby nie zostać sama po śmierci męża.
Już pierwsza scena filmu jest tragikomiczna. Oto obok siebie siedzi starsza kobieta i jej lekko siwiejący syn i robią w milczeniu na drutach swetry. Pod nogami widać dwa kłębki wełny, jak splątane dwa losy. Poczucie izolacji i osamotnienia podkreśla jeszcze surowe pustkowie Islandii dookoła, z górą wiszącą nad niewielkim, prostym domkiem.
Matka zapowiada, że chciałaby odwiedzić miejsce w turystycznej części wyspy. Mówi też o swojej śmierci i daje wytyczne do pochówku, jeśli taka ewentualność nastąpi.
Film drogi
Dalsza część filmu jest z początku lekko dwuznaczna. W pierwszej chwili trudno bowiem zorientować się, czy syn z matką wyjeżdżają na wycieczkę, aby sfotografować się na tle słynnego gejzera? Czy też matka zmarła i syn wiezie ją na tylnym siedzeniu na miejsce pochówku.
Dwuznaczność jest tym większa, że od czasu do czasu matka niespodziewanie odzywa się. Słyszymy więc jej liczne kąśliwe uwagi. Jak również dyrygowanie synem z tylnego siedzenia, w którą drogę ma skręcić.
I znowu w pierwszej chwili nie bardzo wiadomo, czy to jest realne? Czy też sceny te obrazują głos matki w głowie bohatera i jego najpierw podporządkowanie, a potem walkę z jej toksycznym wpływem na jego życie. Świetnie obrazuje to moment, w którym głos matki każe skręcić mu w lewo, a syn skręca w prawo, w poszukiwaniu domu swojej dawnej miłości.
Przez to obraz staje się prawdziwym filmem drogi. Podczas której bohater mierzy się z przeszłością. Szuka ścieżki do zmierzenia się z matką i jej wpływem na swoje życie. Co w konsekwencji daje mu sposobność do odnalezienia siebie.
Nie będę zdradzał szczegółów, aby nie psuć przyjemności oglądania. A tym bardziej niesamowitego zakończenia filmu. Ukazuje ono, że obojętnie, ile mamy lat i jaką przeszłość, możemy osiągnąć dojrzałość, samorealizację i odnaleźć swoje miejsce we własnej historii.
Z perspektywy psychoterapeuty nieraz obserwuję taki proces dojrzewania w gabinecie. Widzę wtedy, że zaborczość i nadopiekuńczość matek nie jest wcale zjawiskiem rzadkim i odosobnionym.
Toksyczni rodzice
Nieraz można spotkać rodziców, którzy wychowują dzieci dla siebie. Aby miał im kto podać przysłowiowy kubek wody na starość. Świadomie lub nie zamykają im przez to drogę do osobistego rozwoju i zbudowania własnego życia.
Jakby zapominali o biblijnym przykazaniu, że „mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swą żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem” (Rdz 2, 24). A może w ogóle o tym nie wiedzą, że celem wychowania powinno być przygotowanie dzieci do ich własnych, niezależnych od rodziców życiowych zadań. Co nieuchronnie wiąże się z koniecznością opuszczenia domu rodzinnego: realnego lub mentalnego. I koniecznością wysadzenia rodziców z tylnego siedzenia własnego pojazdu, aby nie mieli już wpływu na dorosłe procesy decyzyjne potomków.
Blokada w rozwoju staje się koniec końców i dla rodziców przekleństwem. Trudno bowiem patrzeć na własne, starzejące się dzieci, które poprzestają tylko na konsumpcji i dbaniu o codzienny dobrostan (aby mieć, co jeść i gdzie mieszkać). A brakło im marzenia o wielkich wyzwaniach i odwagi do poszukiwania sensu i szczęścia, i ponoszenia z tym związanego ryzyka i kosztów. A tylko idąc taką, pełną niebezpieczeństw drogą, można w końcu dotrzeć do własnej ziemi obiecanej.
Film wart jest obejrzenia i daje do myślenia. A dla niektórych osób może być nawet terapeutyczny…
A można obejrzeć go poniżej.

