
Czym jest zatwardziałość serca? Jak się przejawia? Jak się tworzy? Jak się jej ustrzec?
Z księdzem biskupem Grzegorzem Rysiem rozmawia Cezary Sękalski
W Biblii wielokrotnie jest mowa o zatwardziałości ludzkiego serca. Czym jest zatwardziałość serca i w jaki sposób się przejawia?
Pismo Święte rzeczywiście dość często mówi o zatwardziałości serca. O sercu, które staje się tak twarde, że Pan Bóg nie potrafi się do niego przebić. Obraz przyjął się także w znakach liturgicznych. Podczas Mszy bijemy się w piersi. Mamy bowiem świadomość zatwardziałości swego serca i chcemy je skruszyć, aby Bóg dostał się do środka.
Serce w Piśmie Świętym oznacza najgłębsze miejsce w człowieku. To w sercu zapadają ludzkie decyzje. Tam człowiek przeżywa to, kim naprawdę jest – swoją najgłębszą tożsamość. Serce to nie tylko symbol uczuć, emocji, jak bywa rozumiane w naszej kulturze − to rzeczywistość o wiele głębsza.
Na kartach Pisma Świętego spotykamy wiele osób o zatwardziałym sercu. W Starym Testamencie szczególnie dobitnym przykładem jest faraon z Księgi Wyjścia. Autor biblijny mówi wręcz, że to Bóg zatwardził serce faraona. To, oczywiście, pewien skrót myślowy, bo dla biblijnego Żyda Pan Bóg stanowi bezpośrednią przyczynę wszystkiego. Dziś raczej powiedzielibyśmy, że Pan Bóg dopuścił zatwardziałość serca faraona, niż że był jej bezpośrednią przyczyną.
W całej tej historii najważniejsze jest to, że nie dochodzi do spotkania między faraonem i Panem Bogiem. Mimo wielu Bożych interwencji dokonywanych za pośrednictwem Mojżesza. Oczywiście to wszystko jest rozciągnięte w czasie. Pan Bóg zsyła na Egipt kolejne znaki/plagi, lecz faraon po każdej z nich staje się coraz bardziej zamknięty na Boże znaki. Najpierw dlatego, że ma wokół siebie czarnoksiężników, którzy też potrafią dokonywać wielkich znaków. Ma też ludzi, którzy potrafią mu wytłumaczyć, że znaki dokonywane przez Mojżesza nie pochodzą od Boga.
W każdym razie faraon staje się na nie coraz bardziej „odporny” i Panu Bogu coraz trudniej do niego dotrzeć. Po ostatnim znaku, kiedy Egipt przeżywa śmierć swoich pierworodnych, faraon wprawdzie wyraża zgodę, by Izraelici opuścili jego kraj, ale zaraz potem żałuje swojej decyzji i zaczyna ich ścigać. Ta historia pokazuje, że zatwardziałość ludzkiego serca jest stanem, który z czasem się nasila i utrwala. To nie efekt jednej decyzji, ale proces. A gdyby nawet był on zapoczątkowany jedną decyzją, to taką, której człowiek potem wielokrotnie broni. Podobnie jak beton potrzebuje czasu, aby stwardnieć…
Czyli charakterystyczne dla tego stanu jest to, że im więcej człowiek otrzymuje znaków przeczących jego wyobrażeniom i oczekiwaniom, tym bardziej się na nie zamyka?
Tak. To może wydawać się szokujące, ale podobna sytuacja jest opisana w Ewangelii według św. Marka. Pan Jezus po swoim zmartwychwstaniu spotyka się z Apostołami i wyrzuca im zatwardziałość (Mk 15,14). W ich przypadku przejawiała się ona jako pewnego rodzaju „odporność” na docierające do nich wieści o Zmartwychwstaniu. Chrystus posyła do nich świadków, którzy widzieli Go zmartwychwstałego, lecz oni nie przyjmują ich świadectwa.
Czyli zatwardziałość serca nie musi dotyczyć tylko wielkich grzeszników i tych, którzy walczą z Kościołem, ale także ludzi wierzących, którzy nie chcą odczytywać zsyłanych im przez Boga znaków?
Jak relacjonuje św. Marek Ewangelista, Pan Jezus wyrzucał Apostołom zatwardziałość. To pokazuje z jednej strony, jak trudno im było przyjąć, że Jezus Chrystus naprawdę zmartwychwstał, a z drugiej − jak dojmującym doświadczeniem była dla nich Jego śmierć. Mieli poczucie, że wszystko się skończyło − definitywnie. Wtedy przychodzą do nich kolejni świadkowie i mówią, że to nie koniec, że jest ciąg dalszy, lecz Apostołowie nie chcą ich słuchać. Przełom następuje dopiero wtedy, kiedy przychodzi do nich sam Jezus.
W jaki sposób człowiek wierzący może doprowadzić się do stanu, w którym staje się niewrażliwy na głos Pana Boga i niezdolny do pójścia za Nim?
Kiedyś napotkałem u ks. prof. E. Stańka taki prosty obraz, bardzo przemawiający do wyobraźni. Kiedy na śnieżnobiały obrus podajemy czerwony barszcz i przez nieuwagę padnie na niego kropla barszczu, to ona niemalże zaczyna „krzyczeć” do nas, bo czerwona plama na białym obrusie jest bardzo widoczna. Kiedy jednak podobnych plam będzie piętnaście, to niektórzy mogą pomyśleć, że to taki deseń… A jeśli jeszcze więcej, to może się nawet wydawać, że ten obrus od początku był czerwony. Ten obraz trafnie ukazuje, co się dzieje z sercem człowieka, który przyzwyczajając się do swojego sposobu postępowania, przestaje zauważać, co w nim jest złe. Potrafi nawet uzasadnić, dlaczego postępuje tak, a nie inaczej.
Myślę, że to właśnie z tego powodu mistrzowie życia duchowego radzą, aby się często spowiadać. W seminariach i nowicjatach zachęca się nawet do spowiedzi cotygodniowej, żeby nie dopuścić do tego, by wszystko zaczęło się wydawać się równe, spłaszczone. Nie można doprowadzić się do stanu, gdy sumienie przestaje reagować. Przy takiej niewrażliwości potrzeba coraz mocniejszych znaków, żeby człowiekiem potrząsnąć i do niego trafić.
Jakie są pierwsze symptomy zatwardziałości serca? Jak u siebie rozpoznać, że zaczyna się dziać coś niepokojącego?
Zatwardziałość polega właśnie na tym, że człowiek sam jej u siebie nie rozpoznaje. Tak było na przykład ze św. Pawłem. Jako Szaweł był przekonany o słuszności swojego postępowania, chociaż z relacji św. Łukasza wiemy, że dyszał nienawiścią (Dz 9,1). On jednak tej nienawiści u siebie w ogóle nie widział.
Uważał ją za przejaw gorliwości?
Tak. Dopiero bardzo mocne doświadczenia − kiedy Pan Jezus „prasnął” nim o ziemię i odebrał mu wzrok – zapoczątkowały u Szawła zbawienny proces przemiany. Dzieje Apostolskie mówią, że w jego otwarciu na łaskę istotne znaczenie miała na początku autentyczna modlitwa. To w widzeniu (na modlitwie) ujrzał człowieka, który wchodzi do niego do domu, kładzie mu ręce na głowie i modli się nad nim (Dz 9,12). To przez modlitwę dotarł do niego pierwszy promień światła, które wydobyło go z mroku i zaślepienia.
Najpierw jednak przeżył potężny wstrząs. Łatwo sobie wyobrazić, że gdyby nie to, co się stało pod Damaszkiem, Szaweł nadal by działał tak jak dotychczas. Zawsze uderzało mnie to, że rozpoznanie ze strony św. Łukasza było właśnie takie: dyszał nienawiścią. Nie rozumiał tego, co robił, a jednocześnie był przekonany o słuszności swojego postępowania i sam przed sobą umiał je uzasadnić. To wyraźnie pokazuje, że człowiek, który doprowadzi się do zatwardziałości serca, sam nie jest w stanie się z tego stanu wydobyć. Właśnie na tym polega problem.
Potrzebna jest wspólnota?
Potrzebna jest Boża interwencja − coś się musi wydarzyć. Wspólnota też na pewno może pomóc. Ludzie, którzy żyją z takim człowiekiem, mogą mu powiedzieć, co tak naprawdę robi.
A jakie są konsekwencje zatwardziałości serca?
Konsekwencją jest „śmierć”, rozmaicie rozumiana. Można to zobaczyć na przykładzie faraona, który zamknął się na relację z Bogiem i wszedł w grzech. W konsekwencji wyruszył w pogoń za Izraelem, która zakończyła się tym, że całe jego wojsko tonie w Morzu Czerwonym. Myślę, że jest to bardzo ważny obraz. Człowiek tracąc kontakt z Bogiem i zamykając się w swojej zatwardziałości zmierza ku śmierci.
Jaka postawa jest szczególnie charakterystyczna dla zatwardziałości? Kiedy serce człowieka staje się tak zamknięte, że nie jest już zdolne do relacji z Bogiem?
W Katechizmie Kościoła Katolickiego jest jeden wyjątkowo mocny tekst o nienawiści (por. KKK 2840). Nienawiść jest postawą, która zatwardza i zmienia ludzkie serce do tego stopnia, że człowiek nie potrafi już kochać ani przyjąć miłości. Nienawiść i miłość to bowiem postawy, które angażują człowieka całkowicie. W tym kryje się pewna wskazówka. Zatwardziałość nie jest stanem „częściowego zastygnięcia”. Można o niej mówić dopiero wtedy, kiedy człowiek jest już całkowicie w niej pogrążony. To stan, w którym nie ma już wątpliwości, znaków zapytania, wahań czy jakiejś alternatywy. Człowiek działa zgodnie z tym, co wybrał, i jest przekonany o słuszności swojego postępowania. To go tak angażuje, że postawy przeciwne stają się niemożliwe do zaakceptowania.
Katechizm mówi głównie o skrajnościach między miłością a nienawiścią. Nienawiść może tak człowiekiem owładnąć i tak go wewnętrznie zniszczyć, że nawet Pan Bóg ze swoją miłością już nie może się do niego przebić. To bardzo mocno powiedziane i trzeba to dobrze zrozumieć. Samo to, że kogoś nie lubię, że reaguję negatywnymi emocjami i mam poczucie krzywdy wobec kogoś, ktoś mi zrobił coś złego – to jeszcze nie jest nienawiść. Żeby takie doświadczenia stały się nienawiścią, człowiek po pierwsze musi pielęgnować te emocje. Po drugie daje im się prowadzić − raz, drugi, trzeci dopuszcza się rewanżu wobec osoby, która go skrzywdziła. To jest pewien proces dokonujący się w czasie. Oczywiście potem taka osoba usprawiedliwia swoje postępowanie: „Mam prawo”, „jestem skrzywdzony”, „tego domaga się sprawiedliwość” itd. Nienawiść to nie tylko uczucie, ale zaangażowanie całej swojej woli i decyzji, aby komuś świadomie szkodzić.
Co może zrobić człowiek, który uświadamia sobie, że grzech zagnieździł się w jego życiu, i nie potrafi z niego zrezygnować?
Niekiedy człowiek dźwiga konsekwencje własnych grzechów. Myślę, że jeśli ma świadomość swego stanu, to już nie jest źle – zawdzięcza to łasce Bożej. Kiedy odkrywa prawdę o sobie, czuje się przyciągnięty przez Boga i chce do Niego powrócić, to już jest na dobrej drodze. W takiej sytuacji warto poszukać kierownika duchowego czy też stałego spowiednika i być mu posłusznym. Po drugie może potraktować tę swoją skłonność do zła i słabość w kategoriach krzyża, który przyszło mu teraz nieść. Może go przyjąć i iść za Chrystusem, doświadczając swojej słabości, grzechu, upadków. Pan Jezus mówił: „Kto chce iść za Mną, niech weźmie swój krzyż i idzie za Mną”. To decyzja, której nie należy odkładać.
„Z Niepokalaną”, Wiosna I (73) 2013, s. 8-10.

